#56. W rytmie passady - Anna Dąbrowska

Julita, uczennica warszawskiego liceum, w niczym nie przypomina typowej nastolatki. Nie chodzi na imprezy ani na randki, nie spotyka się z przyjaciółmi. Żyje w cieniu wydarzenia z przeszłości, które nie pozwala jej zachowywać się tak jak klasowe koleżanki. Pewnego dnia otrzymuje propozycję, która może jej pomóc przełamać strach. Jedyne, co musi zrobić, to zatańczyć w konkursie kizomby.

Marcel jest tancerzem i instruktorem, który zaraża swoją pasją innych w szkole tańców latynoamerykańskich. Jego życie ulega całkowitej przemianie, kiedy dowiaduje się o chorobie matki. Światełkiem w tunelu okazuje się konkurs tańca, w którym mężczyzna postanawia wystartować. Wygraną chciałby przeznaczyć na pomoc matce.

Dwoje obcych sobie ludzi zaczyna łączyć jedno pragnienie, chociaż każde z nich postrzega zwycięstwo w zupełnie innym wymiarze. Wydaje się, że Julitę i Marcela dzieli przepaść, której nie można pokonać, a jednak…


Są takie momenty, kiedy po lekturze odkładam książkę na półkę, a w głowie nieustępliwie kotłuje się mi się jakaś myśl. Nie chce odpuścić pod naporem innych, nie chce się poddać walkowerem i oddać pierwszeństwa. Właśnie ten stan mnie dopadł po przeczytaniu W rytmie passady i niezależnie od tego, jak bardzo z tym walczę moje palce tańczą na klawiaturze w rytm słów: NIENAWIDZĘ TEJ KSIĄŻKI! Tak, dokładnie. Nienawidzę jej z wielu powodów. Nienawidzę za to, co ze mną zrobiła. Chciałabym wrzeszczeć, mam ochotę cisnąć nią o ścianę, wywalić przez okno, spalić i nigdy więcej nie patrzeć na tę kuszącą zmysły okładkę. Nie czytać jej i nie pamiętać. A jednak za chwilę chcę ją przytulić i pozwolić, by niezależnie od wszystkiego wypaliła swój tytuł w moim sercu. 



„Zapomnij o całym świecie, zapomnij, że stoję za twoimi plecami. Daj się ponieść muzyce. Otwórz się na ten rytm.”

Nie będę pewnie wyjątkiem, kiedy napiszę, że jestem absolutną psychofanką Dirty Dancing, odkąd pierwszy raz zobaczyłam ten film przeszło dwadzieścia lat temu. Oglądałam Patricka Swayze i Jennifer Grey na ekranie taką ilość razy, że nie jestem już w stanie policzyć. DD to legenda, która rozbudziła we mnie miłość do tańca i muzyki, zagrała mi w duszy i nie opuszcza mnie do dziś. Dlatego muszę się przyznać, że jestem bardzo wymagająca, jeśli chodzi o temat muzyki i tańca, nie tylko w filmach, ale również w książkach, choć zdaję sobie sprawę, że w tych drugich zaspokojenie apetytu kogoś takiego, jak ja, jest zdecydowanie trudniejsze. Jak bowiem opisać coś, co trudno wyrazić słowami, coś co trzeba zobaczyć lub usłyszeć, żeby to poczuć? Zapewniam Was, że da się. Pierwszy raz przekonałam się o tym czytając jedną z moich ulubionych książek Colleen Hoover Maybe Someday. Dlaczego o tym wspominam? Bo Anna Dąbrowska w swojej najnowszej powieści, zrobiła dokładnie to samo. Udowodniła, że można poczuć coś, czego nie da się zobaczyć, ani usłyszeć, a przy tym zbombardowała swoich czytelników znacznie bogatszym arsenałem. 

„Taniec to nie tylko ruch i dotyk ciał. Taniec to komunikat, kompozycja słów ukrytych w uśmiechu, spojrzeniu, przyspieszonym oddechu, pokryciu rumieńcem, biciu serca, a także drżeniem ciała.”

W rytmie passady to pełnowymiarowa historia dwójki ludzi, których drogi splotą się w kizombie, a dwa tak odmienne światy połączy wspólny „interes” z korzyściami dla obu stron.
Julita Poll to uczennica liceum, wystraszona, zagubiona i żyjąca w cieniu dramatycznych wydarzeń z przeszłości. W jednej chwili odebrano jej zaufanie do drugiej osoby, beztroskę i radość z życia, w którym barwy istniały wyłącznie na kartach kolorowanek, jakim poświęcała swój czas. Z kolei druga połowa tej opowieści to Marcel Rucki, przystojny, zdeterminowany, pełen pasji i niezwykle utalentowany tancerz, którego życie przewraca się do góry nogami wraz z wieścią o śmiertelnej chorobie matki. A jedyną szansą dla obojga na nowe, lepsze życie jest podziemny konkurs kizomby.
Dwoje obcych sobie ludzi, dwie różne rzeczywistości i odmienne priorytety. Czy te dwa z pozoru tak niepasujące do siebie puzzle, mogą stworzyć wyjątkowy obrazek? Okazuje się, że owszem, a kluczem do tego zardzewiałego zamka jest właśnie taniec. Nieoczekiwanie Julita staje się dla Marcela źródłem spokoju, który utracił wraz z chorobą jedynego rodzica. On tymczasem ulepił tę zahukaną dziewczynę od nowa, dał jej ukojenie i pozwolił żyć normalnie, udowadniając, że bliskość nie musi wiązać się z bólem. Nagle ich plan ulega zmianie, a zwycięstwo w konkursie to jedynie bonus dla łączącej ich głębokiej więzi. Wydawać, by się mogło, że już nic nie stanie na przeszkodzie do ich szczęścia, a nawet jeśli to nie będzie to coś, czego ostatecznie nie zdołaliby przeskoczyć. Właśnie wtedy, my czytelnicy, zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń, które przybierają niespodziewany obrót, gnając na złamanie karku niczym kolejka górska, podczas gdy tuż obok nas stoi szalony klaun i śmieje się nam do ucha histerycznym śmiechem. Okrutne, ale niestety prawdziwe.

„Czasami szczęście można znaleźć na wyciągnięcie ręki. Szczęścia nie mierzy się miarą centymetrów, pieniędzy i wieku. Szczęście mierzy się ilością uśmiechów i rytmem bicia naszych serc, przypominających tempo tańczenia passady.”

W swojej powieści, a szczególnie w jej ostatnich 100 stronach, Anna Dąbrowska przeprowadziła nas chyba przez wszystkie możliwe stany emocjonalne, od rozczulenia i szczerego kibicowania bohaterom, przez niepewność, napięcie i przygnębienie, potem były już tylko frustracja, irytacja i gniew, przeplatany ze smutkiem, aż do niedowierzania, dezorientacji i szoku, który ostatecznie łamie serce na milion drobnych kawałeczków. Zostajemy z bólem i wątłym płomykiem nadziei, że to jeszcze nie koniec. A już z całą pewnością nie TAKI OKRUTNY KONIEC. Taki scenariusz, jaki zafundowała nam Autorka jest bowiem kompletnie niewybaczalny. Co więcej jestem niemal pewna, że W rytmie passady zwyczajnie Was poturbuje, bezlitośnie przeczołga i złamie serce w sposób, w jaki prawdopodobnie nie zrobiła tego do tej pory żadna powieść z nurtu NA. Ja tak się właśnie czuję.
W tym miejscu podtrzymuję, więc zdanie z początku tej wypowiedzi. Nienawidzę tej książki za to, co ze mną zrobiła... A mimo to nie mogę jej nie pokochać. Za autentyczność, za to, że jest tak bardzo życiowa i bliska każdemu z nas i przede wszystkim za to, że jest JAKAŚ, a to znaczy, że nie zniknie, ot tak po prostu, w gąszczu innych, podobnie sklasyfikowanych w literackim świecie.

Całkiem niedawno Anna Dąbrowska obiecała, że postara się zaskoczyć i złoży w ręce swoich czytelników coś, czego jeszcze nie było – w moim odczuciu i moim skromnym zdaniem, wywiązała się z obietnicy.
Cóż mogę dodać - jestem masochistką, przyznaję się bez bicia i dlatego chcę jeszcze! A Wam, moi Drodzy, gorąco polecam.
Nie zwlekajcie i po prostu otwórzcie się na ten rytm… 

„Jest taki taniec, który nazywa się życiem. Nigdy nie wiesz, jak potoczy się twoja historia.”


ZA EGZEMPLARZ DO RECENZJI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU Zysk i S-ka 

______________________________________________________________
Anna Dąbrowska, W rytmie passady, stron 352,
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2017

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz