#10. Miłość nigdy nie zawodzi - 'Jeśli zostaniesz' Courtney Cole


   Na przełomie ostatnich lat miałam okazję przeczytać już całkiem sporą ilość książek z tak zwanej „masówki”, jaką wypuszcza na rynek Amber i chyba zdążyłam już sobie wyrobić zdanie na ten temat, przynajmniej tak mi się naiwnie wydaje. Zdarzało mi się natrafić na naprawdę dobrych autorów, którzy dali radę udźwignąć temat, jakiego się podjęli i zdołali mnie zaciekawić na tyle, że z chęcią sięgałam po kolejne części z serii, ale bywały również takie pozycje, które poległy na kluczowych zagadnieniach i  z pewnością nie zapadną mi w pamięci. 

Historie o standardowej fabule, dramatyczna przeszłość i dwójka młodych ludzi usiłujących radzić sobie z życiem, to typowy dla New Adult schemat, który można przedstawić w naprawdę ciekawy, wciągający i emocjonujący sposób, ale w przypadku książek wychodzących pod patronatem Amber problem polega na tym, że wszystko to trzeba upchnąć w egzemplarzu o objętości, niekiedy nie przekraczającej trzystuparu stron, a to ogranicza autorom pole do manewrów i nie zawsze wychodzi, czego najlepszym przykładem okazała się właśnie twórczość Courtney Cole. W Jeśli zostaniesz akcji jest niewiele, postaci w błyskawicznym tempie przechodzą przez wszystkie etapy relacji, a do tego wszystkiego brak w tym odpowiedniej dawki emocji. Teoretycznie nie powinnam się czuć rozczarowana, tym bardziej, że doskonale wiedziałam po co sięgam, prawda? A jednak czuję się zawiedziona, ale o tym za chwilę. 

Jest miłość, w której ryzykujesz wiele. Lecz jeśli wiesz, że to prawdziwa miłość – zostań…
Pax ma dwadzieścia cztery lata, jest seksowny i bogaty. Jego życie to dziewczyny na jedną noc, alkohol i narkotyki. Wszystko po to, żeby zapomnieć o mglistym wspomnieniu nocy sprzed siedemnastu lat, gdy zginęła jego matka. O pustce, której potem nic nie wypełniło. O ojcu, który go odepchnął. O poczuciu winy, którego nie rozumie…
Piękna i delikatna Mila jest jak powiew świeżego powietrza. I jak powietrze staje się dla Paxa niezbędna. Lecz czy zostanie z nim na zawsze?
Czy ocali go przed nim samym? 


Taki opis fabuły napotkałam na tylnej okładce, nic więc dziwnego, że postanowiłam sięgnąć po tę pozycję. Wiecie pewnie, bo pisałam o tym wiele razy przy okazji innych moich recenzji, że tacy sponiewierani przez los bohaterowie to jest jeden z głównych powodów, dla których sięgam po książkę. Lubię konfrontować się z takimi złożonymi postaciami, które nie są idealne, mają swoje wady, słabości, trudne doświadczenia i skomplikowane problemy. Jak do tego dołożyć jeszcze ciekawą, skrupulatnie przemyślaną i dobrze poprowadzoną fabułę, jestem kupiona. 

Taka przypadłość typowego, zdeklarowanego książkoholika. Czytam ile mogę, kiedy mogę, a gdy nie mogę, to czuję, że czegoś mi brakuje, ale nie oznacza to, że łapię się za każdy towar i jestem w stanie zadowolić się czymkolwiek, byleby tylko trafić w stan książkowego upojenia. O nie! Mój czytelniczy haj musi być naprawdę mocny i dać mi niezapomniane doznania. Po raz kolejny przekonałam się, więc, że Amber nie podoła wyzwaniu, jakie stawiam przed wydawcą jako czytelnik, a przynajmniej nie w takim stopniu, jaki by mnie w pełni usatysfakcjonował, choć zdarzało mi się trafić na dużo lepsze pozycje (np. J.Lynn, czy choćby Jay Crownover), niż ta napisana przez Courtney Cole. W Jeśli zostaniesz zabrakło wszystkich tych istotnych dla mnie elementów i mimo iż mogłam się tego spodziewać, nie potrafię przejść obojętnie obok zmarnowanego potencjału. Przyszło mi więc przełknąć rozczarowanie, zagryźć je trzema kafelkami gorzkiej czekolady i popchnąć najlepszą pod słońcem ciemną mokką z idealną pianką. Dzięki temu byłam przynajmniej w stanie realnie podejść do recenzji i nie przelać na klawiaturę swojej frustracji, a była całkiem spora. 

„Miłość musi czasem włożyć bokserskie rękawice i być twarda, żeby przetrwać. Czasem trzeba zrobić coś trudnego, żeby pozwolić komuś dojrzeć.”

Żeby nie było, że tylko się czepiam, to muszę wspomnieć o tym, że C. Cole w swojej książce porusza bardzo ważne kwestie z jakimi zmaga się społeczeństwo, a zwłaszcza młodzi ludzie, którzy dopiero wchodzą w dorosłe życie i nie zawsze potrafią radzić sobie z jego ciężarem w odpowiedni sposób, sięgając po najłatwiejsze rozwiązania. Narkomania, alkoholizm, czy zerwane więzi rodzinne, to główne wątki jakie przewijały się w książce i to na nich opierała się historia Paxa, która według mnie była najmocniejszym i najciekawszym akcentem całości. Jak sama autorka wspomniała w notce na końcu swojej książki, stworzona przez nią opowieść to przede wszystkim losy młodego mężczyzny balansującego na granicy pomiędzy tym co złe, ale z pewnością łatwiejsze, a tym co dobre, ale wymagające mnóstwa czasu i sporego wysiłku. Wydaje mi się, że Cole chciała przekazać jakąś ważną mądrość i za pomocą słowa pisanego zwrócić uwagę na poważne problemy, ale zrobiła to dość nieporadnie, idąc przy tym mocno na skróty. O ile sam początek i pierwszy rozdział potrafił zaintrygować i zapowiadał naprawdę dobrą historię, o tyle w miarę czytania mój entuzjazm i ciekawość zaliczyły spadek jak wykres na giełdzie. Im dalej w treść, tym większe odnosiłam wrażenie, że książka pisana jest po łepkach i na szybko, a niektóre ważne wątki są wręcz zbagatelizowane. Autorka wykazała się chyba lenistwem i wprowadzała niepotrzebne zamieszanie, zamiast należycie pochylić się nad poruszaną przez siebie tematyką i dopracować meritum. Nie przekonała mnie ta historia, tak samo jak nie przekonała mnie relacja Paxa i Mili, jakby brakowało między nimi chemii i jakiejś autentyczności. Być może wynikało to, z faktu, że swój pomysł na tę opowieść Cole musiała upchnąć w tak krótkim tekście, a może to polityka wydawnictwa, które wypuszcza takie pozycje na rynek, ale z czasem dochodzę do smutnego wniosku, że New Adult pod znakiem Amber coraz częściej przypomina nic innego jak młodzieżowy Harlequin, czyli po prostu przyjemny romans bez głębi i nic poza tym. Oczywiście pomijając tych kilka książek, które miałam szczęście czytać wcześniej. 

Będę okrutna i surowa, ale na słowo podsumowania ciśnie mi się tylko jedno zdanie: Szału nie ma d….bagażnika nie urywa i to by było tyle ode mnie w tym temacie.  

„Jest jak powiew świeżego powietrza. I mogę być dużym, złym wilkiem, ale nawet wilki potrzebują powietrza aby oddychać." 

___________________________________________
Courtney Cole, Jeśli zostaniesz, stron 304, Amber, 2016
Przekład: Julia Wolin 
Czytaj dalej

#9. Miłość, aż do życia - Ugly love

 

 Myślałam, że jestem już w stanie przywyknąć do tych nieludzkich huraganów, jakimi swoich czytelników poddaje Colleen Hoover, ale autorka bardzo szybko wyprowadziła mnie z błędu i bez asekuracji sprowadziła mnie na ziemię, nie pozwalając moim naiwnym złudzeniom zagnieździć się na dłużej. Niczym dziecko uwierzyłam nawet cichym podszeptom mojego zwodniczego umysłu, że przecież po tych kilku spotkaniach z twórczością Hoover wiem, na co się piszę i jestem przynajmniej w minimalnym stopniu przygotowana na te wszystkie skonstruowane przez pisarkę bomby, ale wtedy ona sięga po jeszcze cięższy arsenał i po raz kolejny rozgniata mnie na miazgę. To by było na tyle, jeśli chodzi o moją łatwowierność w stosunku do siebie samej.
 
Ugly love jest tylko potwierdzeniem tego, że pióro Colleen Hoover jest wybitne i nie ma powodu by z tym dyskutować na żadnej płaszczyźnie. Co prawda spodziewałam się, że to będzie emocjonalny wyżymacz, a po krążących w sieci opiniach byłam świadoma, że to opowieść inna niż wszystkie nawet, jeśli oparta na powszechnym schemacie, ale tego, czego byłam świadkiem w Brzydkiej miłości, chyba się jednak nie spodziewałam. Ta kobieta i tym razem nie zawiodła moich masochistycznych zapędów, ponownie wciągając moje serce w stan wojny, a potem bez skrupułów je niszcząc. Ale za takie właśnie doświadczenia kocham Hoover, bo to przywraca moją wiarę w głębię współczesnej literatury, czy przede wszystkim New Adult, które wbrew ogólnym opiniom i mimo lekkości przekazu mogą być o CZYMŚ, niosąc ze sobą ważne przesłanie.

„Wydaje mi się, że mężczyzna, który poznał miłość z najgorszej strony, może nie chcieć doświadczać tego jeszcze raz.”

Ugly love to historia dwójki młodych ludzi, których połączy nietypowe spotkanie z sąsiedztwem w pakiecie oraz układ bez zobowiązań oparty na namiętności. To opowieść o młodym pilocie i pielęgniarce. O złamanym mężczyźnie, skutym kajdanami bolesnej przeszłości, który już nigdy więcej nie chce czuć i zwykłej dziewczynie, która pragnie być przez niego kochana i naginając dla niego granice swojej wytrzymałości, jest w stanie znieść naprawdę wiele, wyzbywając się przy tym zasad i szacunku do samej siebie. To, co ich połączyło teoretycznie wydaje się działać na prostych, konkretnych zasadach. Zero pytań o przeszłość i żadnych oczekiwań na przyszłość, ale czy człowiek jest w stanie sprzeciwić się własnej naturze, żyjąc tylko tym co jest tu i teraz? Czy istnieje jakiś magiczny przycisk, którego naciśnięcie wyłączy emocje, robiąc z nas jedynie egzystującą maszynę bez uczuć?  Wydawało mi się, że znam odpowiedź na te (z pozoru proste) pytania tak, jak zapewne każdy z Was, bo one mogą być tylko jedne, prawda? Jednak nie byłam świadoma istnienia czegoś pomiędzy; tej niewidocznej gołym okiem niewiadomej pomiędzy znakiem zapytania, a pierwszą literą zaczynającą odpowiedź; niewiadomej, której idealnym zapełnieniem okazuje się być właśnie powieść Colleen Hoover. Myślicie, że zwariowałam? Być może, ale wystarczy przeczytać Ugly love by zrozumieć, o czym piszę. By zrozumieć, że prócz czerni i bieli jest jeszcze cała masa odcieni szarości.  

„Łatwo wziąć złudzenia za prawdziwe uczucia, zwłaszcza gdy patrzy się drugiej osobie w oczy.”

Po lekturze znów przez bardzo długi czas próbowałam dojść do siebie i zebrać myśli, ale wiem już, że niezależnie od tego ile czasu upłynie od momentu odłożenia książki, nie zdołam rozłożyć na czynniki pierwsze swojego serca, zebrać w garść wszystkich kawałków i przelać na słowa swoich wrażeń. Wiem natomiast jedno: Ugly love się nie czyta, to książka, którą się przeżywa od pierwszego do ostatniego zdania, całym sobą - sercem, duszą, umysłem, oczami, a nawet dotykiem małego palca. To historia, która nas po prostu wchłania i z pewnością nie wypuści już ze swoich szponów, ale nie można mieć jej tego za złe, bo takich opowieści się łaknie. Są jak skarb templariuszy – unikatowe, bezcenne i pożądane przez każdego poszukiwacza, w tym przypadku zdeklarowanego książkoholika. 
 
Colleen Hoover ma, bowiem niezwykły talent do tworzenia treści, które pochłaniają już od pierwszego zdania i kreowania bohaterów, którzy przyciągają niczym ziemska grawitacja. Ugly love wcale nie było wyjątkiem w tej kwestii. Bo czy można zostać obojętnym na kogoś takiego jak Miles Archer – tajemniczego i niedostępnego milczka, żyjącego przeszłością, który pod twardym pancerzem skrywa rany i naprawdę kruche, mocno pokiereszowane serce? Odpowiem Wam, nie można. Ja go pokochałam bezwarunkowo i byłam w stanie wybaczyć mu wszystko łącznie z tym, że raniąc Tate, ranił również mnie, jako czytelnika. Zachowywał się paskudnie, ale rozumiem go, tak samo jak rozumiem pannę Collins. W prosty sposób pokazała jak wielka siła drzemie w nadziei, która niekiedy tli się w naszym sercu naprawdę wątłym płomieniem.

„Po pierwsze, nie wolno mi złamać ci serca - odpowiada.- Po drugie, nie wolno mi złamać twojego cholernego serca. I po trzecie, nie wolno mi, kurwa, złamać twojego cholernego serca.”

W moim odczuciu Colleen Hoover tą powieścią umocniła tylko swoją pozycję na rynku wydawniczym, a Ugly love to historia, z którą warto się skonfrontować, bo jest inna niż wszystkie. Nie ma tutaj problemów rodzinnych, molestowania, przemocy, gwałtów, prób samobójczych, śmiertelnych chorób, porwań, czy innych temu podobnych dramatów, jakie powszechnie goszczą na łamach powieści New Adult, ale tym razem na warsztat Hoover wzięła coś zgoła trudniejszego – wybaczanie i walkę z samym sobą. Nie tylko z ogromnym poczuciem winy, trawiącym nam trzewia, ale również z własną samodyscypliną i nieustępliwością wobec swojego serca, które pragnie wydostać się na wolność i w końcu pozwolić sobie coś poczuć. Nie znajdziemy w tej książce romantycznych uniesień czy słodkich scenek z zakochanymi w roli głównej. Tutaj istotą jest coś zupełnie innego, ale równie pięknego, emocjonującego i niszczycielskiego zarazem. Autorka pokazuje, że miłość ma różne oblicza, czasami doprowadza nas w różne miejsca i kształtuje w najróżniejszy sposób. Hoover uświadamia, że najsurowszym sędzią jesteśmy dla siebie my sami, a najgorsza kara, jaka może nas dosięgnąć to ta, którą sami sobie zadamy. Udowadnia nam, że to my najbardziej krzywdzimy samych siebie, a sadystyczny kat trzymający gilotynę nad naszą głową, mieszka tuż pod naszą skórą.    
 
Wydaje mi się, że nie ma sensu pisać nic więcej, bo Ugly love broni się sama, tak jak pozostałe dzieła pisarki. Tę książkę trzeba dorwać w swoje ręce i przeżyć ją, by zrozumieć, o co chodzi w tych wszystkich wychwalających ją recenzjach i opiniach blogerów, którzy nie szczędzą pochwał i zachwytów nad twórczością Colleen Hoover. I przede wszystkim pamiętajcie, że nie można porównywać Brzydkiej miłości do reszty historii stworzonych przez Hoover, bo ten zabieg się nie uda. Ta pozycja jest INNA i taka właśnie ma być. Kropka.

„[…] I set the rulet
are you gonna stay
This is the game
you might not wanna play […]”
                                                    


_____________________________________________________
Colleen Hoover, Ugly love, stron 344, Wydawnictwo Otwarte, 2016
Przekład: Piotr Grzegorzewski 

Czytaj dalej

#8. Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno - Kirsty Moseley

 

 Przyznam się szczerze, że po lekturze czuję się odrobinę rozdarta i mam naprawdę poważny dylemat, bo nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy powieść Kirsty Moseley mi się podobała, czy było wręcz odwrotnie, a takie niezdecydowanie bardzo rzadko mi się zdarza. Albo coś przypada mi do gustu, od początku do końca, albo stwierdzam, że to niewypał. Tym razem jednak utknęłam gdzieś pośrodku i myślę, że tak już zostanie.
 
Na Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno natknęłam się już jakiś czas temu i moją uwagę zwrócił nie tylko niebanalny tytuł i zachęcający opis, ale również działająca na wyobraźnię okładka, która jest bardzo przyjemna dla oka. Nie sugerowałam się też powszechnymi opiniami, bo muszę się przyznać, że zwyczajnie ich nie czytałam, tylko poszłam na żywioł i …. No właśnie. Pierwsza myśl, jaka wpadła mi do głowy po skończeniu lektury, to: słodka, współczesna baśń młodzieżowa, mimo iż tłem, niestety w dosłownym tego słowa znaczeniu, są tutaj ogromne dramaty i krzywda, po których trudno wrócić do normalnego życia.
 
Fabuła powieści kręci się wokół dwójki, a w zasadzie trójki bohaterów. Na pierwszym planie mamy oczywiście relacje Amber-Liam, ale nie brakuje nam też obecności dość istotnej dla historii postaci – brata Amber i najlepszego przyjaciela Liama, Jake’a.

„Pewnego wieczoru, kiedy miałem dziesięć lat, zobaczyłem, że Amber płacze. Zakradłem się do niej, żeby ją uspokoić i skończyło się na tym, że obok siebie zasnęliśmy. Powtórzyło się to następnej nocy i kolejnej. Ona płakała a ja przychodziłem do niej przez okno. W końcu przerodziło się to w rutynę [...].”

 Amber i Jake nie mieli łatwego dzieciństwa. Wychowywali się w bólu, strachu i cierpieniu, a to, czego doświadczyli z ręki osoby, która powinna być ich autorytetem i dawać im bezpieczeństwo, naznaczyło oboje na całe życie. On stał się trochę narwanym, nadopiekuńczym bratem, a ona zlęknioną nastolatką, która jak ognia unika fizycznego kontaktu. Dotykać może ją wyłącznie brat, mama i … Liam. Chłopak z sąsiedztwa, który od ośmiu lat, co noc zakrada się do niej przez okno i zasypia z nią w jednym łóżku, odpędzając demony przeszłości i bolesne wspomnienia. Niestety jego nocna – troskliwa i kochana – wersja, diametralnie różni się od tej dziennej, w której Liam to szkolne ciacho, przebierające w dziewczynach jak w rękawiczkach. Amber nie potrafi go rozgryźć i wie, że nie może się w nim zakochać, ale czy to już się nie stało?
 
W moim odczuciu sam pomysł na historię jest, jak świeży powiew wiatru, w obliczu tego, co aktualnie można spotkać na rynku wydawniczym, a co w zasadzie toczy się w kole wciąż tych samych schematów przedstawionych w lepszej, bądź trochę mniej udanej wersji. Motyw zakradania się przez okno, jakkolwiek to brzmi, to rzadko spotykany element fabuły, w przeciwieństwie do wątku przemocy w rodzinie, który w swojej książce wykorzystuje autorka. Wydawało mi się, więc, że na takich podwalinach można stworzyć coś naprawdę oryginalnego i niezapomnianego, ale niestety Moseley wyłożyła się na dość istotnych kwestiach, które nie pozwalają mi z czystym sumieniem stwierdzić, że Chłopak… to fenomen. Owszem, książka jest lekka i przyjemna w odbiorze, a nawet można mile spędzić przy niej czas, ale …. No właśnie. Tych ale jest zdecydowanie za dużo i momentami są mocno rażące, co zakłóca ogólną radość z lektury, przynajmniej w moim przypadku tak właśnie było. 

„Pierwszy pocałunek skradłem ci ja, i to wiele lat temu…”

Na samym początku, kiedy dopiero zaczynałam zgłębiać historię Chłopaka… zapowiadało się ciekawie, a nawet było interesująco, choć nie mogłam przeboleć tego, że Moseley do minimum ograniczyła budowanie rzeczywistości głównych bohaterów, całkowicie skupiając się tylko i wyłącznie na tym, co bezpośrednio i ściśle dotyczyło relacji Amber-Liam. Zabrakło w tym wszystkim jakiegoś napięcia i przede wszystkim oczekiwania na ich kolejne spotkanie, a to niestety sprawiło, że jeszcze nim dobrnęłam do połowy zaczęło wiać nudą. Wszystko działo się zdecydowanie za szybko i odniosłam wrażenie, że czytam opowiadanie, nie powieść. Szybkie przejście od sceny do sceny, która trwała niekiedy nie dłużej niż dwa zdania, rażący brak opisów, niektóre wątki wręcz pourywane, a jeszcze inne w zasadzie nie wiadomo, po co, bo właściwie nic nie wniosły do historii prócz zamieszania. Zupełnie jakby autorka za cel postawiła sobie naszpikować życie bohaterów jak największą ilością przeżyć i nieszczęść, opisując to w jak najkrótszym tekście i niestety zapominając przy tym o konsekwencji czy autentyczności. Biorąc przecież po uwagę to, co przeżyła główna bohaterka w dzieciństwie, jej trauma nie przeszłaby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i nagle z szarej myszki nie stałaby się pewną siebie młodą kobietą bez skrępowania kokietującą faceta tak jak robiła to Amber. Pomijając już zupełnie to, że momentami zastanawiałam się: dobra, ale kurka, gdzie w tym wszystkim jest matka Amber i Jake’a? Rozumiem, że można pracować i wyjeżdżać w delegacje, ale na litość boską w takich okolicznościach, jakie miały miejsce w tej powieści, matka powinna być na miejscu, a nie zostawiać dzieci same sobie. Nie potrafię tego zrozumieć, ani jako czytelnik, ani jako kobieta, ale żeby nie było, że czepiam się drobiazgów.  

„- Liam, czego ode mnie chcesz? – zapytałam cicho, gapiąc się na moje przemoczone trampki. Położył palec pod moją brodą i uniósł ją, żebym na niego spojrzała.
- Wszystkiego – powiedział.”

Niestety kolejnym kamieniem do sporego już wora wpadek pani Moseley była narracja pierwszoosobowa, początkowo wyłącznie z punktu widzenia Amber, dopiero od środka swoje pięć minut dostał Liam. Może było to zamierzone ze strony autorki, ale według mnie wprowadziło tylko chaos i utwierdziło mnie w przekonaniu, że brak w tej historii zdecydowania pisarki. Same dialogi również okazały się nie lada problemem. Brakowało w nich naturalności i spontaniczności, a czasem odnosiło się wrażenie, że rozmowa prowadzona między bohaterami była wymuszona i Moseley męczyła się przy pisaniu, co niestety przełożyło się również na to, że czytelnikowi sprawiało trudność przebrnięcie przez coś takiego. Na dodatek wszystko okraszone śmiertelną wręcz dawką słodkości, a poziom lukru przyprawiał chwilami o ból zęba. No, cóż…
 
Być może narażę się niektórym sympatykom Chłopaka…., ale dla mnie osobiście, obyło się bez rewelacji, a chyba liczyłam na trochę więcej. Gdyby ktoś mnie zapytał, o czym była książka, nie potrafiłabym tego powiedzieć. Było wszystkiego dużo, ale nie konkretnie i autorka na niczym nie skupiła się wystarczająco bym mogła z czystym sumieniem napisać: tak o to właśnie w tym wszystkim chodzi.
 
Podsumowując mogę w zasadzie napisać tylko jedno. Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno, to przyjemna i lekka współczesna baśń młodzieżowa dobra na doła. 

„− Powiedz, dlaczego nazywasz mnie Aniołkiem?
[…] − Nazywam cię tak bo… – wziął głęboki oddech i jęknął. − Wierzę, że Bóg sprowadził cię tutaj specjalnie dla mnie – wyznał i ujął moją twarz w dłonie.”

______________________________________________________________________________
Kirsty Moseley, Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno, stron 270, HarperCollins, 2016
Przekład: Zuzanna Smreczyńska  
Czytaj dalej

#7. 'Real' Katy Evans - fenomen, czy niewypał?


 Sięgnęłam po tę pozycję mocno zachęcona przede wszystkim opisem, gdzie praktycznie w kilku zdaniach zawarto wszystko to, co na mnie zadziałało niczym impuls: „Tak, muszę ją mieć!”. Dodatkowo mój apetyt podsycała cała rzesza fanów twórczości Katy Evans, wszystkie te pozytywne opinie, zachwyty nad fabułą i bohaterami, oraz nie ma się, co oszukiwać fenomenalna okładka, która działa na każdą kobiecą wyobraźnię. Piekielnie przystojny bokser to mocne podwaliny do wykreowania naprawdę ciekawej i niezapomnianej męskiej postaci, więc tym bardziej jak najszybciej chciałam mieć tę książkę w swoich łapkach.
 
Miałam naprawdę duże oczekiwania w stosunku do tej historii. Czy Katy Evans im sprostała? Za chwilę się dowiecie.
 
Remington Tajfun Tate to pięściarz, który po wydaleniu z ligi bokserskiej stał się królem walk podziemnych i obiektem niemal szaleńczego pożądania każdej kobiety. Awanturnik, wojownik, samiec alfa z cudownym ciałem i emanującym z każdego ruchu pierwotnym magnetyzmem, podczas jednej ze swoich walk poznaje ją. Brooke Dumas to zawodowa biegaczka, niedoszła Olimpijka, która podczas zawodów ulega kontuzji i traci szansę na spełnienie marzeń. Od tamtej pory szuka innego celu w życiu i pragnie poświęcić się pracy rehabilitantki. W końcu zostaje zatrudniana przez Tate’a by utrzymać jego ciało w doskonałej kondycji i razem z jego zespołem rusza w tournée po Stanach, powoli wsiąkając w cały ten niebezpieczny bokserski krąg. A to wszystko w obliczu rosnącego między głównymi bohaterami pożądania, nieśmiało rodzącego się uczucia, naprawdę mrocznych sekretów, choroby i niepokoju o najbliższych.
 
Według mnie sam pomysł na fabułę oraz nowe, świeże tło w postaci środowiska bokserskiego to fantastyczny materiał i mocny fundament do stworzenia naprawdę dobrej i wyjątkowej historii. Niestety, w moim odczuciu Katy Evans nie podołała wyzwaniu, które sama przed sobą postawiła.

„- Chcę ci powiedzieć tyle rzeczy, Brooke, lecz po prostu nie mogę znaleźć odpowiednich słów. - Opiera czoło o moje i głęboko nabiera powietrza, po czym powoli, wciąż wdychając mój zapach, przeciąga nosem po grzbiecie mojego własnego. - Przy tobie zaczynam się niepokoić. […]Chciałbym puścić ci
tysiąc piosenek, byś mogła pojąć... co czuję...”

Remi to bardzo intensywna i hipnotyzująca postać, która bez wątpienia oczarowuje czytelnika. To typowy samiec alfa, arogancki, do bólu szczery i dominujący jaskiniowiec, który w DNA ma zakodowany instynkt zwycięzcy i zdobywcy. Pełen erotyzmu, trochę dziki, nieokrzesany i ostry, a mimo wszystko słodki i uroczy mężczyzna, który bywa słaby, zagubiony i spragniony zrozumienia. Sposób, w jaki troszczy się o Brooke, jego delikatność i ostrożność w stosunku do niej, sprawia, że czytelnik jest w stanie wybaczyć mu wszystko, pragnie go przytulić i zaopiekować się nim. Nie jestem pewnie jedyną, którą Remi urzekł, ale moje serce skradł determinacją, z jaką walczył o siebie i o Brooke. Uwielbiam sposób w jaki „mówił” o swoich uczuciach, choć nie robił tego wprost i wiem, że utwór Iris zespołu Goo Goo Dolls nigdy nie będzie dla mnie już taki sam.
 
Remi to po prostu skomplikowana, trudna i bardzo zagmatwana postać, a ja takie właśnie lubię najbardziej. Jest jak labirynt, w którym można się zgubić, ale kiedy już się znajdzie właściwą drogę, wcale nie chce się z niego wychodzić. Żałowałam mocno, że autorka nie zdecydowała się prowadzić narracji z perspektywy obojga bohaterów, bo podczas lektury brakowało mi jego punktu widzenia, a z chęcią skonfrontowałabym się z jego zawiłym umysłem.
 
Przykro mi jednak, że nie mogę tego samego napisać o drugiej połowie tej historii, czyli o Brooke. Uważam, że kobieca kreacja to poważny minus w tej książce. Zastanawiałam się nawet przez chwilę czy to kwestia tego, że Evans poświęciła na zbudowanie postaci Remingtona tak wiele energii, wysiłku i kreatywności, że nie starczyło już na Brooke, czy tak po prostu miało być, a ja czegoś nie dostrzegam. Niezależnie od tego jednak, jaki zamysł miała na tę postać sama autorka, fakt jest taki, że panna Dumas nie dorównuje osobowością Remiemu. Brooke zachowywała się jak opętana obsesją świruska, albo co gorsza rozedrgana hormonalnie nastolatka, a ja spodziewałam się zupełnie innej kobiety u boku kogoś takiego jak Tate. Ewidentnie nie miała w sobie tego czegoś. Brakowało jej siły, zadziorności, zrównoważenia i przede wszystkim zdecydowania, którego niedosyt aż bił po oczach, kiedy w kółko się miotała, myślała, co innego, a co innego robiła. Owszem, bywały momenty, gdy gratulowałam Brooke stanowczości i tego, że potrafiła tupnąć nóżką, ale było ich absolutnie zbyt mało, bym mogła tej dorosłej kobiecie wybaczyć durne zachowanie.

„- Słuchaj, nie wiem, na co tak czekasz, ale nie będę twoją zabawką -
mówię ostro.
Ponownie mnie chwyta, po czym przyciąga do siebie i pochyla do mnie głowę.
- Nie jesteś dla mnie grą. Ale muszę to zrobić na swój sposób. Na swój.”

Bezwzględnie to właśnie Remi skradł moje serce i nawet gdybym próbowała, nie zdołam znaleźć w Brooke tyle pozytywów by książka zyskała na swej wartości. Tym bardziej, że kolejną sprawą, która zadziałała tu na niekorzyść to fakt, że autorka całkowicie skupiła się tylko i wyłącznie na teraźniejszości i budowaniu napięcia seksualnego pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Owszem emocje aż wylewały się ze stronic tej powieści, a ja niemal fizycznie czułam chemię między bohaterami, potrzebę bycia blisko, która aż kipiała z Remingtona, frustrację Brooke związaną z jego zachowaniem i wzajemny ból. Co tu dużo mówić, byłam skłonna naprawdę im uwierzyć, bo mnie przekonali. Podobnie zresztą jak bardzo obrazowe opisy walk, do których Evans bez dwóch zdań się przyłożyła. Sposób, w jaki autorka przedstawiła to, co działo się na ringu z udziałem Tate’a sprawiał, że czytelnik czuł się tak jakby siedział tuż pod parkietem i całym sobą uczestniczył w potyczkach dwóch wojowników, widząc na własne oczy ich pot, krew i łzy.
 
Mimo wszystko jednak mam wrażenie, że czegoś bardzo istotnego zabrakło w tej powieści, jakby nie była kompletna. Sięgając przecież po tak poważne tematy jak nieuleczalne choroby i złamana kariera sportowca, Katy Evans powinna więcej miejsca i uwagi poświęcić naświetleniu czytelnikowi przeszłości, która zarówno dla Remiego jak i Brooke była istotnym etapem życia, w taki czy inny sposób doprowadzających ich do tego miejsca, w jakim się aktualnie znaleźli. Zamiast tego mamy w książce mnóstwo frustracji głównej bohaterki i ciągły zachwyt nad Remingtonem, choć to drugie jeszcze byłabym skłonna zrozumieć.
 
Jestem w stanie zaryzykować w tym miejscu stwierdzenie, że Katy Evans po prostu nie wykorzystała w pełni ogromnego potencjału swojej książki. Niezaprzeczalnie brakowało mi akcji i jakiegoś napięcia, które rozniecałoby we mnie ciekawość i głód na dalszy ciąg. Wystarczyłoby tylko zrównoważyć proporcje, dopracować fabułę, skupić się bardziej na rozwinięciu pewnych kwestii i wątków, lepiej przemyśleć sposób wplatania w treść terminów medycznych i przede wszystkim doszlifować dialogi, których było zdecydowanie za mało. Tego właśnie ja oczekuję od dobrej książki, a Real niestety został z tych elementów obdarty i mocno na tym polu stracił. Wielka szkoda, bo być może mam wygórowane oczekiwania, ale spodziewałam się więcej po tej pozycji i chciałabym ocenić ją wyżej. 
 
Pewnie chcielibyście teraz wiedzieć, czy w ogóle warto sięgnąć po tę książkę i czy ja po lekturze jestem w stanie ją polecić? Szczerze mówiąc naprawdę nie wiem. Wszystko zależy od tego, jakich książek szukacie, ale jeśli ja kiedykolwiek sięgnę po kolejne części, to z pewnością wyłącznie ze względu na zagmatwaną postać Remiego.

„Jego ramię podniosło się w zwycięstwie, a ja wstrzymuję oddech w oczekiwaniu, co teraz się wydarzy. Czekam na to, co zawsze robi.
Szuka mnie tymi niebieskimi oczami.
Moja ciało napina się w momencie, gdy kieruje swój wzrok na mnie. [...]
Z połyskującymi oczami wskazuje na mnie, potem na siebie, a potem na postać, która zbliża się przed moje siedzenie. Postać niesie jasną, czerwoną różę.
- Od Remy'ego - szepcze z uśmiechem młoda dziewczyna.”

______________________________________________
Katy Evans, Real, stron 450, Papierowy księżyc, 2016
Przekład: Gabriela Jakubowska 

Czytaj dalej

#6. Matka Śliwki, ojciec Monka i ich wspólne dziecko

 

Do twórczości Janet Evanovich przez bardzo długi czas namawiała mnie przyjaciółka, absolutnie zakochana w cyklu jej książek o przygodach nieustraszonej Stephanie Plum, nazywanej przez wszystkich po prostu Śliwką. Szczerze się przyznam, że po dziś dzień nie wiem, dlaczego tak długo opierałam się temu by sięgnąć po którąś z pozycji tej autorki, ale może czekałam właśnie na Skok, by mój upór osłabł. Nie mam odniesienia do innych książek Evanovich, ale może to dobrze, że nie będę się doszukiwać podobieństw do Śliwki. Znam natomiast Lee Goldberga, a raczej jego „dziecko” detektywa Monka, więc byłam pewna, że zagadek kryminalnych nie zabraknie. Co zatem mogło wyniknąć z duetu ojca jednego z najbardziej znanych śledczych w historii seriali telewizyjnych i chwalonej ze wszystkich stron autorki cyklu o Stephanie Plum? Miałam głęboką nadzieję, że coś naprawdę dobrego i nie rozczarowałam się. 
 
Evanovich & Goldberg to duet idealny, a stworzona przez nich historia i bohaterowie to mocny materiał na naprawdę fenomenalną komedię kryminalną. Skok to pierwszy tom cyklu o ambitnej i zdeterminowanej agentce FBI, która nie spocznie dopóki nie dopadnie tego, kogo akurat wzięła na celownik oraz międzynarodowym, czarującym oszuście, którego ofiarami padają najbogatsi. Ona ściga go od lat i choć do tej pory dzięki sprytowi i inteligencji niejednokrotnie udawało mu się wywinąć, w końcu jej działania kończą się sukcesem. Jednak Nick Fox tak łatwo nie odpuszcza i tym razem wywija numer stulecia, przekonując FBI by zaoferowała mu pracę, oczywiście u boku nieugiętej agentki O’Hare. Takim oto sposobem ich pierwsze zadanie zaprowadzi ich w pogoń za skorumpowanym bankierem, który zdefraudował miliony.   
 
W książkach tego typu oczekuje się naprawdę dobrze wykreowanych i charakterystycznych postaci, które będę spójnym dopełnieniem fabuły, nadając jej jednocześnie smaczku. W Skoku takich zapadających w pamięć indywidualistów, na szczęście, nie brakuje i to niezaprzeczalnie zaliczam na ogromny plus. Mamy tutaj do czynienia z silną kobiecą osobowością agentki Kate O’Hare, która ma wszystko to, co powinien mieć dobry glina: jest uparta, zdystansowana, nieufna, wścibska, dociekliwa, oschła i odrobinę narwana, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Z pewnością kocha swoją pracę, która wypełnia jej życie po brzegi i w której czuje się jak ryba w wodzie. Nie usiedzi na miejscu, uwielbia adrenalinę i często pakuje się w tarapaty, a co najważniejsze to typowa profesjonalistka, zdeterminowana do osiągania celów, czyli taki typowy wrzód na tyłku przestępców. Nie można jej również odmówić urody, która bez wątpienia mocno kontrastuje z wrodzoną uszczypliwością, trudnym charakterem i ciętym językiem, przez co jej potyczki słowne z Foxem nabierają kolorytu.

"– Rusz się raz jeszcze, to cię zastrzelę.
– Nie możesz.
– Trafię orła w jądra ze stu metrów.
– Orły nie mają jąder.
– Może jestem beznadziejna w metaforach, ale strzelam świetnie!"


Z kolei charyzmatyczny i ironiczny aferzysta, Nick to facet, który umiejętnie i bezwzględnie wykorzystuje wszystko, czym obdarowała go natura, działając tym na nerwy wymiarowi sprawiedliwości. Czego ten człowiek nie wymyśli byleby tylko zdobyć to, czego chce. Pewny siebie, niezwykle opanowany sprytny i niebywale inteligentny, nie boi się gry aktorskiej, przebieranek i poświęcenia kilku tygodni na dopracowanie planu. Niczego nigdy nie robi nieprzemyślenie, zawsze przygotowany na każdą ewentualność, a przebiegłość i pomysłowość, z jaką działa sprawiały, że umykał stróżom prawa nawet w sytuacjach naprawdę beznadziejnych. Nic, więc dziwnego, że pomiędzy dwoma tak silnymi i wyrazistymi osobowościami pojawiła się chemia. On, na nieszczęście, jest żywym uosobieniem jej męskiego ideału, którego najchętniej rozjechałaby autobusem, a ona działa na niego zdecydowanie bardziej niż powinna biorąc pod uwagę, że stoi po przeciwnej stronie barykady,  więc teoretycznie jest kompletnie poza jego zasięgiem, choć niejednokrotnie działała mu na nerwy do tego stopnia, że miał ochotę skręcić jej kark. Mimo iż sobie nie ufają, muszą nauczyć się współpracy, co może okazać się nie lada wyzwaniem dla dwójki tak niezależnych bohaterów, oczywiście o ile wcześniej się nie pozabijają.
 
To wszystko subtelnie wplecione w dobrze przemyślaną fabułę i dynamiczną akcję, w której mimo pewnej przewidywalności nie brakuje zwrotów akcji i elementu zaskoczenia, jak w najlepszych filmach o oszustach. Czytelnik od samego początku bez problemu wnika w ten świat i nie może narzekać na brak atrakcji, zwłaszcza, że tempo zdarzeń ani na chwilę nie zwalnia. Strzelaniny, pościgi samochodowe, piraci, zakręcona załoga, czekoladki Tabelone, szczegółowo zaplanowana intryga i niezwykłe miejsca, począwszy od bocznych uliczek Berlina, przez pustynię Kalifornijską, aż po odległe wyspy Indonezji. Na dodatek mamy do czynienia z naprawdę ciekawym sposobem przedstawiania biegu wydarzeń, gdy to jesteśmy świadkami samej akcji, a etap przygotowań wyjaśniany jest w formie retrospekcji, bądź dialogu dopiero po fakcie, a cała historia w przezabawny sposób zwieńczona całą ma wysublimowanych uszczypliwości i błyskotliwych dialogów. 
Czego chcieć więcej?  
 
O’Hare & Fox to mieszanka wybuchowa i fenomenalny duet, w którym aż iskrzy i przy którym naprawdę nie sposób się nudzić. A sam Skok to pełna humoru i sarkazmu lekka powieść kryminalna, z fantastycznym pomysłem na fabułę i ponadprzeciętnymi postaciami, która gwarantuje dobrą zabawę. Polecam wszystkim chcącym się ubawić, odmóżdżyć po ciężkim dniu pracy, zrelaksować i na chwilę oderwać od szarej rzeczywistości. Ja jestem zdecydowania ZA i z pewnością sięgnę po kolejne części. 

„– Musisz być bystra, seksowna, uwodzicielska i sprawić, żeby Griffin chciał cię na tyle mocno, żeby wsiąść z tobą na pokład w nadziei na mały erotyczny rejs. Co w tym trudnego?
– Wolałabym już zdzielić go pięścią.
– I zastanawiasz się, dlaczego jesteś singielką.
– Nie zastanawiam się – obruszyła się – to świadomy wybór."


______________________________________________________________
Janet Evanovich, Lee Goldberg, Skok, stron 340, Fabryka Słów, 2015
Przekład: Dominika Repeczko




Czytaj dalej

#5. Art & Soul - kolorowe ptaki z innej bajki

 

To moje pierwsze czytelnicze spotkanie z twórczością Brittainy C. Cherry i absolutnie nie żałuję ani chwili, jaką spędziłam nad lekturą, choć ta chwila wcale nie trwała u mnie jakoś zadziwiająco długo. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu, to książka, którą się żywcem wciąga za jednym razem, czytając wszędzie gdzie się da i kiedy się da. Po prostu nie sposób się od niej oderwać.
 
To pozycja, która mnie bez skrupułów rozbroiła, zachwyciła od pierwszego przeczytanego zdania i wciągnęła w jakiś cudowny, magiczny świat. Cherry udowadnia nam, że muzyka i sztuka, dwa mające niewiele ze sobą wspólnego światy, mogą iść w parze i stać się jedną spójną, nierozerwalną wręcz całością, wzajemnie się dopełniając. A to wszystko za sprawą dwójki głównych bohaterów Arii i Levi’ego. Oboje są artystami, oboje są sztuką w najczystszej postaci i stają się dla siebie bratnimi duszami, które naprawdę rozumieją się bez słów.

„Serce nie dawało mi za wielkiego wyboru.
Kochaj otwarcie, szeptało. Kochaj bezwarunkowo, błagało. Kochaj walkę, uczyło. Kochaj w tej chwili.”


Aria to uczennica szkoły średniej, cicha i niepozorna artystka, na którą nie zwracają uwagi rówieśnicy. Wszystko do czasu, gdy podejmuje jedną, niewłaściwą decyzję. Jej poukładany dotąd świat wywraca się do góry nogami, a konsekwencje jej nieprzemyślanych działań, mają wpływ nie tylko na nią, ale również na bliskich jej ludzi. Nagle staje się tematem plotek, obiektem wyzwisk, a nawet powodem zgrzytów w rodzinie i w rezultacie zostaje z problemem sama.   
Z kolei Levi, utalentowany muzyk, przeprowadza się na rok do ojca, z którym nie miał kontaktu od kilku lat. Pragnie naprawić ich relacje i odbudować to, co utracili, ale nastawienie ojca i pogubiona emocjonalnie matka, mieszkająca gdzieś w innym stanie, wcale nie ułatwiają mu zadania. Ten czarujący, wiecznie uśmiechnięty chłopak o zbolałej duszy i pięknym wnętrzu, szybko staje się obiektem westchnień niemal każdej dziewczyny w szkole. Jednak to w Arii dostrzega swoje światło i bratnią duszę. Nie ocenia jej, nie krytykuje, tylko akceptuje taką, jaka jest i wspiera na każdym kroku.

"Niektórzy ludzie urodzili się po to, by się wyróżniać, Aria. Pogódź się z tym i nie przestawaj tańczyć."

Czytając o tej dwójce odnosi się wrażenie, że są odrobinę oderwani od rzeczywistości. To takie zbłąkane dusze, które pomyliły bajki i jakimś cudownym przypadkiem trafiły do tego beznadziejnego, szarego świata, rozświetlając go swoim blaskiem. Są jak kolorowe ptaki, które nawzajem wypełniają barwami swoje życie, a jednocześnie mierzą się z odrzuceniem, brakiem wsparcia, samotnością i starają się radzić sobie z bólem, nie tracąc przy tym swojego wewnętrznego piękna. Są młodzi, a jednak bardzo dojrzali. Poważnie podchodzą do swoich problemów i starają się podjąć odpowiedzialne decyzje, choć to w obliczu tego, przed czym stawia ich los wcale nie jest takie proste. Nie chodzi, bowiem wyłącznie o ich przyszłość, ale przede wszystkim o życie bliskich. Muszą wyzbyć się egoizmu i dokonać wyboru, kierując się przede wszystkim dobrem tych, na których im zależy i których kochają nawet, jeśli wiąże się to z zadaniem bólu samemu sobie i zmaganiem się z własnym cierpieniem. 
 
To bez wątpienia powieść, która bombarduje czytelnika emocjami, a fakt, że autorka zastosowała w niej, tak rzadko spotykaną, narrację pierwszoosobową dzieloną pomiędzy Arię i Levi’ego sprawia, że możemy lepiej wczuć się w położenie głównych bohaterów, w pełni poczuć to, co oni czują, poznać ich pragnienia, wątpliwości, przemyślenia i nawet najgłębiej skrywane marzenia. A to wszystko opasane pięknym, wyrazistym i niezwykle estetycznym, choć prostym językiem z całym wachlarzem wysublimowanych i bogatych porównań, których było tyle, że nie sposób przytoczyć wszystkich. Tu nie mam miejsca na niedopowiedzenia, czy niedosyt, bo ta książka, która od pierwszej do ostatniej strony i w każdym słowie jest po prostu sztuką. To mistrzostwo w swej prostocie i pięknie, które swą lekkością wciąga czytelnika do tego stopnia, że oderwanie się od niej jest niemal niewykonalne, przynajmniej dopóki nie dobrnie się do finału, choć i to nie sprawi, że nagle uwolnimy się spod jej czaru.   

„Nie rób mi tego, Art. Nie pozwól mi się w tobie zakochać. Nie pozwól mi cię kochać. Ponieważ wszystko, co kiedykolwiek kochałem się rozpadło, a sama myśl o traceniu cię jest w tej chwili zbyt straszna. Nie pozwól mi śnić. Spraw, żebym się obudził.”

To, co mnie urzekło w tej historii, a co być może nie jest aż tak istotne, to fakt, że autorka skupia się przede wszystkim na budowaniu duchowej relacji między głównymi bohaterami. Na ich przyjaźni, miłości czy wzajemnej fascynacji i nie zalewa czytelnika całą paletą najróżniejszych scen erotycznych, które stały się jakimś obowiązkowym elementem wszystkich tych pozycji, jakimi kipi dzisiejszy rynek wydawniczy. Dla mnie osobiście to była miła odmiana, bo Cherry po prostu skoncentrowała się na tym, co wartościowe, skutecznie poświęcając temu całą uwagę. Choć nie ograniczyła się wyłącznie do opisywania rodzącego się między Arią i Levi’m uczucia, ale porusza również istotne kwestie i problemy dzisiejszego świata. Lawiruje w obszarze kontrowersyjnych tematów i walki ze stereotypami, zespala to z trudnymi relacjami rodzinnymi, błędami wychowawczymi i próbą ich naprawiania, a to wszystko w obliczu życia i śmierci. Dlatego właśnie, mimo iż jest to pozycja z nurtu New Adult, uważam, że autorka potraktowała temat z należytą powagą i jestem w stanie zaryzykować, że każdy czytelnik, nawet ten spoza przedziału wiekowego, znajdzie tutaj dla siebie jakąś mądrość.
 
Na koniec chcę napisać w zasadzie krótko. To naprawdę piękna historia, która wzrusza, rozśmiesza, ale pozwala też się zatrzymać i przez chwilę zastanowić. To książka o sztuce, bólu, przyjaźni, sile miłości, straconych szansach, stereotypach, odpowiedzialności i popełnianiu błędów. Nie wiem, czy jest sens cokolwiek więcej tu pisać, bo to jest jedno z tych doświadczeń, które trzeba przeżyć na własnej skórze, by się przekonać jak to jest.
 
Dlatego gorąco i całego serca polecam.

"Byliśmy rozbici. Poznaczeni bliznami. Byliśmy dziwni i piękni zarazem. Byliśmy dwiema zagubionymi duszami, które trzymały się jedynej rzeczy mogącej je spoić. Siebie nawzajem."


_______________________________________________________
Brittainy C.Cherry, Art & Soul, stron 432, Wydawnictwo Filia, 2016
Przekład: Katarzyna Agnieszka Dyrek 
Czytaj dalej

#4. Callie, Kayden i ich przypadki według J.Sorensen

 

Niektóre książki pokochałam, bo potrafiły rozbawić mnie do łez i wzruszyć jednocześnie, inne dlatego, że zakochałam się bez pamięci w fantastycznie wykreowanych bohaterach, a jeszcze inne dlatego, że powaliły mnie na kolana szczerą i prawdziwą historią, którą nie sposób jest zapomnieć. Zdarzały się również takie, które nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia i takie, po które sięgnęłam tylko raz w życiu i po których przeczytaniu wiem, że nigdy do nich nie wrócę i to z różnych powodów. Bo okazały się nie być z mojej bajki. Bo przebrnięcie przez nie było tak trudne jak za czasów szkolnych, gdy poloniści wymuszali na nas czytanie lektur, których nie oszukujmy się, żaden uczeń nie lubi. Albo po prostu, dlatego, że zwyczajnie i po ludzku mnie zawiodły. Niezależnie jednak od tego ile razy natrafiłam na pozycję, o której wolałabym jednak nie wspominać, cieszę się z każdej fikcyjnej podróży, jaką odbyłam, bo to nauczyło mnie, że nie można oceniać książki po okładce i kilku słowach zawartych w opisie, a przede wszystkim nauczyło mnie doceniać prawdziwe perełki i niezwykły kunszt pisarski. Z pewnością takim wybitnym unikatem są Przypadki Callie i Kaydena Jessici Sorensen.
 
To kolejna powieść o młodych ludziach po przejściach, zranionych przez bliskich, którzy starają się poradzić sobie z przeszłością i ułożyć swoje życie na nowo, budując swoją bezpieczną i stabilną przyszłość. To jest z całą pewnością książka o czymś i bynajmniej nie mam tu na myśli wyłącznie historii miłosnej dwójki głównych bohaterów, bo to nie jedyny temat, jaki w swojej powieści porusza Sorensen.

„Czasem złe rzeczy dzieją się, bo źli ludzie tak chcą.”

Podziwiam autorki, które mają odwagę poruszać naprawdę trudne kwestie i pochylać się nad istotnymi problemami, z jakimi zmaga się społeczeństwo na całym świecie. Cieszę się za każdym razem, gdy mam okazję obcować z takim twórcą, który naprawdę daje radę udźwignąć poruszaną przez siebie tematykę, co niestety bywa nie lada wyzwaniem, jakiemu nie każdy jest w stanie podołać, porywając się z przysłowiową motyką na słońce. Trzeba jednak przyznać, że Sorensen podeszła poważnie do zagadnienia, koncentrując się na wątku wcale nie w mniejszym stopniu jak na romansie głównych bohaterów, robiąc to przy tym w taki sposób, który emocjonalnie mocno oddziałuje na czytelnika.
 
Głowni bohaterowie to złożone postaci.
Kayden to przystojny, popularny i lubiany sportowiec, wokół którego kręci się mnóstwo ładnych dziewczyn. Wydawać by się mogło, że to pewny siebie, silny i twardo stąpający po ziemi chłopak, z beztroskim i sielankowym życiem, pięknym domem i wzorową rodziną. Jednak za tym nieskazitelnym obrazkiem kryje się brzydka prawda i mnóstwo przerażających sekretów. Pod maską pozorów Kayden skrywa prawdziwego siebie – zagubionego i pokonanego chłopaka, który w milczeniu znosi upokorzenie i ból, jego życie w niczym nie przypomina łatwej i przyjemnej sielanki, modelowa rodzina wcale nie jest taka idealna, za jaką uchodzi, a okazały dom nie ma nic wspólnego z bezpiecznym i ciepłym azylem.
Callie to cicha i spokojna dziewczyna, której dzieciństwo skończyło się w dniu dwunastych urodzin. Po traumie, jaką wtedy przeżyła całkiem odcięła się od świata i od rodziny, która nie rozumie, albo nie chce, zrozumieć jej postępowania. Wycofana, nieufna i zahukana, ogranicza nawet kontakty z rówieśnikami, którzy uważają ją za dziwaczkę, a pod obszernymi ubraniami i mocnym makijażem pogrzebała własne uczucia i cierpienie, o którym nikt nie ma pojęcia.

„27. Pomóż komuś nawet, jeśli o to nie prosi.”

Nieoczekiwanie jednak drogi tej dwójki się krzyżują, a pewne wydarzenie odmienia ich życie. Butny dotąd Kayden, w końcu się poddaje i rezygnuje z walki, nie mając siły dłużej się buntować, natomiast cicha i zamknięta w sobie Callie, na moment wychodzi ze swojej strefy komfortu i staje w jego obronie. Ten jeden moment niezaprzeczalnie splata ich losy, a ponowne spotkanie po czterech miesiącach na tym samym college’u tak naprawdę jest początkiem ich pięknej historii. Ona nie wierzy w szczęśliwe zrządzenia losu. On uważa, że dziewczyna nie pojawiała się w jego życiu bez powodu. Jednak im bardziej Kayden chce się do niej zbliżyć, tym bardziej Callie ucieka i chowa się w swojej skorupie.
 

Dwa oddzielne światy, dwa odmienne charaktery i różne doświadczenia, ale mimo wszystko łączy ich jedno – ból, milczenie i nadzieja na lepsze jutro.
 

Oboje doświadczyli rzeczy, których nigdy nie powinno doświadczyć dziecko. Rzeczy, które są w stanie zrujnować każdego człowieka psychicznie, fizycznie i na poziomie, który jest najokrutniejszy i najtrudniejszy do uleczenia - emocjonalnie. Te wydarzenia wypaliły bezlitosny ślad nie tylko w ich pamięci, ale przede wszystkim na sercu, przez co trudno im się pozbierać, choć starają się radzić sobie z losem w jedyny znany im sposób, który przecież jakoś się sprawdza, ale nie do końca jest skuteczny – cierpią w milczeniu, przez strach i zawstydzenie, które blokują ich przed tym by głośno krzyczeć o swej krzywdzie. Czeka ich, więc trudna i mozolna walka o siebie, własne życie i teraźniejszość, podjęcie najważniejszych decyzji dotyczących przyszłości i ostateczne rozprawienie się z przeszłością. Na wszystko potrzeba tylko czasu.

„Coś jest na rzeczy. Skoro ktoś tak bardzo ci zaufał i zdradził swoje tajemnice, łatwiej i jemu zaufać. Jakby otworzył przed tobą serce i czujesz, że powinieneś zrobić to samo.”

Można by się spodziewać, że jeśli książka zaliczana jest do gatunku New Adult, fabuła będzie się toczyła swoim utartym torem, bez większych rewelacji, ale zapewniam, że to nie jest zwykły romans, a po druzgoczącym zakończeniu pierwszej części naprawdę trudno pozbierać myśli i dojść do siebie. Mimo trudnych tematów i bezpośredniego przekazania, nie da się ukryć, wstrząsającej historii, książka napisana jest lekko, przez co szybko się ją czyta, wbrew pozorom pełna poczucia humoru, a do tego naszpikowana niebywałą ilości emocji, które nieprzerwanie płyną do czytelnika z każdego słowa. Te wszystkie niuanse sprawiają, że całość trafia prosto do naszego serca, porusza je i już w nim zostaje, nie pozwalając o sobie zapomnieć.
 
Przypadki Callie i Kaydena to mocna lektura, która wciąga czytelnika w swój fikcyjny świat, wstrząsa nim, ściska za gardło, manipuluje emocjami, szarpie nerwy, zgniata i w najmniej spodziewanym momencie, bez skrupułów wyciska łzy. W tej książce jest dosłownie wszystko: ból i ukojenie, nadzieja i rezygnacja, miłość i nienawiść, przyjaźń i odraza; bezradność i siła, ciemność i światło, strach i odwaga, śmiech i łzy, cierpienie, wiara, zagubienie, niepewność i w końcu zaufanie. Oraz wiele, wiele więcej, mogłabym wymieniać tak bez końca.
 
To pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy kochają historie o CZYMŚ, a nie tylko trywialne romansidła, o których szybko się zapomni. To powieść z ważnym przesłaniem. O tym jak łatwo skrzywdzić drugiego człowieka, stłamsić go, złamać psychicznie i upodlić, pozostawiając mu blizny na całe życie. To książka o nadziei, przyjaźni, miłości, chęci ocalenia i pragnieniu bycia ocalonym. A przede wszystkim to historia, która uświadamia nam, że wystarczy otworzyć oczy i odważyć się widzieć, a nie tylko patrzeć, by stać się dla kogoś impulsem do walki, albo zwyczajnie po ludzku ratunkiem i pomocną dłonią w chwilach, gdy strach przezwycięża chęć życia. 

Zakończenie pierwszej części pozostawia człowieka w stanie zawieszenia, z wyrwanym sercem, które desperacko potrzebuje poznać dalszy ciąg by złagodzić poczucie rozbicia. Dlatego już teraz napiszę: Jeśli masz zamiar sięgnąć po tę lekturę, miej pod ręką drugą część! Dla dobrego własnego zdrowia i serca. 

„Niesamowite, że rzeczy na zawsze zapadające w pamięci chciałoby się zapomnieć, a te, których kurczowo się trzymasz ulatują niczym piasek na wietrze.”


_______________________________________________________________________
Jessica Sorensen, Przypadki Callie i Kaydena, stron 368, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2015
Przekład: Ewa Helińska
Czytaj dalej

#3. Naznaczony mężczyzna według Jay Crownover


To jeden z moich ulubionych cytatów zawartych w książce i jeden z tych, do którego nie trzeba właściwie nic dodawać, bo sam w sobie jest idealnym zwieńczeniem sensu napisanej historii. Buntownik Jay Crownover to pierwszy tom rozpoczynający serię Naznaczeni mężczyźni i początek mojej przygody z New Adult, który zdecydowanie nie jest już w moim przedziale wiekowym. Cieszę się jednak, że to historią Rule’a i Shaw zaczął się mój flirt z tym gatunkiem i już w tym miejscu mogę otwarcie przyznać, że ani przez chwilę nie żałowałam swojego wyboru. Dlatego właśnie, mimo iż książkę przeczytałam już całkiem spory kawałek czasu temu, uznałam, że nie mogę odmówić sobie napisania o niej kilku słów, tym bardziej, że to jedna z tych pozycji, która skradła moje serce już od pierwszej przeczytanej linijki i, do której z pewnością kiedyś wrócę, choć rzadko zdarza mu się czytać tę samą książkę dwa razy. Buntownik jednak, podobnie zresztą jak pozostałe części serii The Marked, zasługuje na swoje pięć minut.
 
Przyznam się szczerze, że sięgnęłam po tę lekturę z jednego, dość trywialnego powodu, a mianowicie zaintrygował mnie tytuł. No, bo która kobieta nie kocha niegrzecznych chłopców? Bad boy’e mają w sobie bowiem coś, przez co lgnie się do nich niczym ćma do światła, a ja mam ewidentną słabość do takich nieidealnych bohaterów: skopanych przez życie i nieokrzesanych wariatów, którzy popełniają ludzkie błędy i czasem ma się ich ochotę zdzielić przez łeb za durne zachowanie. A jak do tego jeszcze dołożyć wytatuowane ciało, cięty język i szczerość to przepadam na amen. Mówcie, co chcecie, ale wcale nie inaczej było u mnie również w tym przypadku.


„(...)przeciwieństwa nie tylko się przyciągają. Płoną żywym ogniem i spopielają całe miasta.”

Głównych bohaterów poznajemy w momencie, gdy Shaw, jak co niedziela ściąga z łóżka Rule’a by zawieść go na śniadanie do rodziców, z którymi ten od śmierci brata bliźniaka Remy’ego nie dogaduje się praktycznie wcale, a każde ich spotkanie kończy się w zasadzie w ten sam sposób – kłótnią i wzajemnymi pretensjami.
On – wierny własnym ideałom buntownik i kobieciarz, który niczym kot zawsze chodzi własnymi ścieżkami, a pod tatuażami, kolczykami i kolorowym irokezem skrywa poczucie winy i ból po stracie swojej drugiej, jaśniejszej połowy.
Ona – niedostępna i oschła dziewczyna z dobrego domu, która u Archerów zawsze czuła się lepiej niż u własnych rodziców, dlatego tak bardzo jest zdeterminowana połączyć tę rodzinę na nowo i pomóc im naprawić zdruzgotane po śmierci Remy’ego relacje. Dla siebie i dla Rule’a, w którym zakochana jest od lat, choć on podobnie jak pozostali Archerowie, widzi w niej tylko dziewczynę brata.
A to wszystko w obliczu tajemnicy, o której istnieniu wie wyłącznie Shaw.
 
Jay Crownover na prostym i dość przewidywalnym schemacie stworzyła coś magicznego. Historię, która jest piękna w swej prostocie i, w której główni, młodzi bohaterowie pokazują jak naprawdę należy uczyć się miłości. Nie sądźcie, że nagle dochodzi tu do jakiejś mega metamorfozy i Rule z buntownika staje się potulnym jak baranek pantoflarzem, bo wcale tak nie jest. Ani on ani Shaw nie zmieniają się pod wpływem miłości jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Owszem uczucie wydobywa z nich to, o czego istnieniu być może nie mieli pojęcia. Zimna i niedostępna Shaw stopniowo odkrywa w sobie drugie, dzikie ja, które przez lata pieczołowicie, skrywała przed światem, zahukana przez snobistycznych rodziców, a z którego pomocą w końcu zażarcie walczy o siebie i Rule’a. I sam Archer, który nigdy nikogo nie udaje, wierny swoim ideałom, szczery do bólu, czasem złośliwy i wredny. Nie zapewnia, że będzie łatwo, kolorowo i bezproblemowo, ale obiecuje starać się zmienić swoje życie i postępowanie, a przede wszystkim walczyć ze słabościami.

„To jest moje serce. Masz je w swoich rękach i obiecuję ci, że jesteś pierwszą i ostatnią osobą, która go dotyka. Musisz być z nim ostrożna, bo jest znacznie delikatniejsze niż się spodziewałem, a jeśli spróbujesz mi je oddać, to go nie przyjmę.”

To, co bez wątpienia urzekło mnie podczas lektury, to fakt, że autorka nie skupiła się wyłącznie na budowaniu relacji między dwójką głównych bohaterów, ale również na kreowaniu ich otoczenia z gromadką zwariowanych przyjaciół na czele, bez których nic nie byłoby takie samo. Wydziarany od stóp po czubek głowy tatuażysta Nash; przesympatyczny, ex-futbolista Rowdy; bezpośrednia i głośna specjalistka od modyfikacji ciała Cora;  frontman rockowego zespołu Jet i zjawiskowa Ayd, która jeśli trzeba potrafiła bez podchodów powiedzieć, co myśli - to grupa indywidualistów i przyjaciół z prawdziwego zdarzenia, którzy stoją za sobą murem i gotowi są zrobić dla siebie naprawdę wiele, bez pytań, oceniania i pretensji. Grupa, która razem tworzyła armię nie do zatrzymania i prawdziwą rodzinę z mocnym fundamentem. Bardzo ważne jest to, że J.Crownover nie zapomina również o tym, co w tej historii najistotniejsze, a co miało ogromny wpływ na teraźniejszość Rule’a i Shaw – o przeszłości i relacjach z rodzicami, a może raczej ich braku. I w tym miejscu od razu przychodzi mi do głowy, stare jak świat porzekadło, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Według mnie idealnie się tu wpasowuje, bo jak inaczej można powiedzieć o sytuacji, gdy rodzice, którzy powinni chronić swoje dzieci i wpierać je w wyborach, ogarnięci rozpaczą i własnym egoizmem, stają po przeciwnej stronie barykady, pogłębiając poczucie winy swoich pociech, podcinając im skrzydła i nie pozwalają się rozwinąć. Na szczęście w tym przypadku Crownover nie przyspiesza niczego na siłę, pozwalając by sprawy, na które potrzeba czasu, toczyły się własnym torem.
 
Na kolejny i naprawdę ogromny plus zaliczam zastosowaną w książce narrację pierwszoosobową, zmieniającą się przy każdym rozdziale. Raz z kart powieści płyną do nas słowa Rule’a, a innym razem widzimy wszystko oczami Shaw. Moim skromnym zdaniem to najlepsza, choć niestety rzadko spotykana, opcja, jaką może zastosować autor, bo dzięki niej mamy okazję poznać dokładnie oboje bohaterów, ich punkt widzenia i przemyślenia, a co za tym idzie łatwiej nam wczuć się w ich położenie, jesteśmy w stanie lepiej ich zrozumieć i przeżywać równie mocno to wszystko, co oni czują. W ten nieskomplikowany sposób Jay Crownover wciąga nas i to dosłownie w cały ten pokręcony świat tatuażu i piercingu, w którym nie brak ciętego, czasem nawet wulgarnego języka i scen płomiennego seksu. Jedni mogą uznać to za wadę, ale ja uważam, że bez tych niuansów ta historia i tworzący ją bohaterowie nie byliby autentyczni. To po prostu oni i ich rzeczywistość. Tacy są, koniec i kropka. 

„Zasługiwałam na miłość, ale zasługiwałam także na niego, na każdy przejaw jego miłości.”

Czytając Buntownika, czasem może nas irytować zachowanie głównych bohaterów, ale jestem na tyle krytyczna wobec siebie i otaczającego mnie świata, że te zdawać by się mogło, minusy potrafię przekuć na plusy. Przecież my też nie jesteśmy idealni, popełniamy błędy, miotamy się, czasem zachowujemy się jak rozkapryszone dzieci i nikt mi nie powie, że jemu się to nie zdarza. Możemy się do tego otwarcie nie przyznawać, ale jesteśmy tylko ludźmi, nie jesteśmy nieomylni i strzelamy życiowe babole na każdym kroku. Tacy sami są właśnie bohaterowie Jay Crownover, a to sprawia, że stają się nam bliscy, bo po prostu są ludzcy i właśnie za tę niedoskonałość ja ich kocham. I nie mówię już wyłącznie o Rule’u i Shaw, ale również o ich fantastycznych przyjaciołach, którzy kolejno stają się bohaterami następnych części, tworząc spójną i nierozerwalną całość w postaci serii The Marked, w jakiej nie sposób nie zatonąć.
 
Jay Crownover w swoich książkach pokazuje nam życie w najczystszej postaci, takie, jakie ono jest, bez zbędnej słodkości i niepotrzebnego idealizowania, zwracając jednocześnie naszą uwagę na to, co naprawdę się liczy. Wtajemnicza nas w historie młodych ludzi dopiero wchodzących w dorosłość i nieporadnie radzących sobie z własnym bagażem najróżniejszych doświadczeń oraz ciężarem przeszłości, w której najokrutniejszymi nauczycielami okazywali się ci, którzy teoretycznie powinni ich wspierać. Przybliża problemy, z którymi stykają się bohaterowie na początku swojej samodzielnej drogi, ich niezdarne próby radzenia sobie z uczuciami, wspomnieniami, a czasem nawet poczuciem winy. To historia o walce z samym sobą, budowaniu swojego małego świata i szukaniu własnego, stałego miejsca na ziemi, co czasem w obliczu niełatwej codzienności i jeszcze bardziej pochrzanionej przeszłości, staje się największym wyzwaniem. W tym wszystkim Crownover udowadnia nam jak wielka siła drzemie już nie tylko w miłości, ale przede wszystkim w przyjaźni; że to nie więzy krwi są najważniejsze, by stworzyć coś trwałego i stać się częścią prawdziwej, silnej rodziny. Pokazuje jak ważna jest w życiu każdego człowieka świadomość, że nie jest sam; że ma przyjaciół, na których może liczyć; że niezależnie od wszystkiego i pomimo nieustannie popełnianych błędów, głupstw i pomyłek ma obok siebie ludzi, którzy go nie zostawiają, gdy nagle zrobi się ciężko. To historia, która mówi, że razem można wszystko i naprawdę warto ją poznać. 
Serdecznie i z całego serca polecam zarówno Buntownika, jak i całą serię Jay Crownver Naznaczeni mężczyźni.

„Uczę się, że łatwe rzeczy nigdy się nie opłacają. To rzeczy, które sprawiają, że musisz na nie zapracować naprawdę się liczą.”

___________________________________________________
Jay Crownover, Buntownik, stron 304, Wydawnictwo Amber, 2014
Przekład: Ewa Spirydowicz
Czytaj dalej